Pierwszy raz usłyszałam słowo „ahimsa” w aśramie pod Riszikeszem, gdzie nauczycielka jogi powiedziała: «zanim podniesiesz nogę do trójkąta, zauważ, czy nie jesteś dziś dla siebie zbyt surowa». Pomyślałam: aha, czyli joga zaczyna się dużo wcześniej niż na macie. I dużo dalej idzie.
Joga to nie gimnastyka. To osiem stopni
Patandżali, mędrzec, który ok. II wieku p.n.e. spisał „Jogasutry”, ułożył jogę w osiem stopni (asztanga - dosłownie „osiem członów”). Asany, czyli pozycje ciała, są dopiero trzecim z nich. Przed nimi są zasady etyczne: pięć jam (jak żyć z innymi) i pięć nijam (jak żyć ze sobą).
To dlatego prawdziwy nauczyciel jogi w Indiach zapyta Cię najpierw nie o to, czy umiesz zrobić mostek, tylko czy potrafisz powiedzieć prawdę, kiedy nikt nie patrzy. Reszta - oddech, pozycje, koncentracja, medytacja - to konsekwencja, nie cel.
Ahimsa - nie krzywdź. Nawet siebie
Ahimsa to pierwsza i najważniejsza z jam. „A” znaczy „nie”, „himsa” - krzywda, przemoc. Tłumaczy się to zwykle jako „niekrzywdzenie” i kojarzy z wegetarianizmem albo niezabijaniem komarów. Ale to dużo szersze.
Ahimsa to także: nie krzywdzić siebie. Nie zmuszać ciała do pozycji, która boli. Nie obgadywać siebie w głowie po nieudanej prezentacji. Nie pracować trzeciej nocy z rzędu do drugiej w nocy. Nie zostawać w relacji, która systematycznie Cię uszczupla.
W praktyce to pytanie, które warto sobie zadawać kilka razy dziennie: czy to, co teraz robię, mówię albo myślę - leczy, czy rani? Jeśli rani, to czy mogę inaczej?
Pięć jam - relacje z innymi
Ahimsa (niekrzywdzenie) - o niej już było. Najważniejsza i pierwsza.
Satja (prawda) - mów to, co prawdziwe, ale w sposób, który nie rani. Prawda bez ahimsy staje się okrucieństwem. Po polsku: bądź szczery, ale nie chamski.
Asteja (niekradzenie) - nie tylko o portfelach. Nie zabieraj cudzego czasu, cudzych zasług, cudzej energii. Nie spóźniaj się notorycznie - to też kradzież.
Brahmaczarja (umiar) - nie roztrwaniaj energii, ani seksualnej, ani twórczej. Dla mnicha to celibat. Dla nas - świadome wybory zamiast scrollowania do trzeciej w nocy.
Aparigraha (nieposiadanie) - nie chwytaj rzeczy, ludzi ani wyników, których nie potrzebujesz. To indyjska wersja Marie Kondo, tylko głębsza. Dotyczy też emocji: nie trzymaj urazy, nie kolekcjonuj cudzych przewinień.
Pięć nijam - relacje z sobą
Sauća (czystość) - ciała, umysłu, otoczenia. Posprzątane biurko, świeże ubranie, ale też czysta intencja, kiedy coś robisz.
Santosza (zadowolenie) - z tego, co jest. Nie znaczy „nie chcieć więcej”. Znaczy: nie odkładać szczęścia na „kiedy w końcu…”.
Tapas (dyscyplina) - dosłownie „żar”. Codzienna mała praktyka, która hartuje. Zimny prysznic, joga rano, godzina bez telefonu. Wybierz jedno i trzymaj się.
Swadhjaja (samopoznanie) - czytanie, dziennik, terapia, rozmowa z mentorem. Każde narzędzie, które pomaga zobaczyć siebie z dystansu.
Iśwarapranidhana (oddanie czemuś większemu) - Bogu, naturze, sprawie, którą uważasz za większą od siebie. To, co Cię ustawia w miejscu, w którym nie jesteś już środkiem wszechświata.
Po polsku, w warszawskim korku
Filozofia jogi nie wymaga od Ciebie wyjazdu do aśramu, sari ani porannego picia ghee. Wymaga uwagi. Kierowca, który Cię podciął - jest ćwiczeniem z ahimsy (czy zaczniesz na niego krzyczeć w głowie przez kolejne dwie godziny?). Mail od szefa o 22:30 - z aparigrahy (czy musisz odpowiedzieć teraz, czy odzyskasz wieczór dla siebie?). Trzecia kawa po południu - z sauci i tapasu (co naprawdę chcesz ze swoim ciałem zrobić?).
W Indiach mówi się, że joga zaczyna się dopiero wtedy, kiedy wstaniesz z maty. Reszta to przygotowanie. Osiem stopni Patandżalego nie jest drabiną do wspięcia się i odhaczenia - to bardziej osiem soczewek, przez które można patrzeć na to samo życie.
Dlaczego warto pojechać po to do Indii
Można czytać Patandżalego w polskim wydaniu (Wojciech Cichoń, świetny przekład) i robić jogę w warszawskim studiu. Można też pojechać tam, gdzie to wszystko ma swój kontekst - do Riszikeszu nad Gangesem, do aśramów Kerali, do Mysuru, gdzie uczył się Krishnamacharya.
Nie chodzi o magię miejsca. Chodzi o to, że dwa tygodnie bez bodźców, w rytmie wyznaczonym przez słońce i gong na śniadanie, robią z głową coś, czego nie zrobi żaden weekend w SPA. Wracasz nie zmieniony - ale przesunięty. O tyle, ile potrzebowałaś.
Tekst: redakcja MyMagicTour. Reportaże z drogi - z autopsji i z notatnika prowadzonego po każdej wyprawie.


