Do Merzougi nie jedzie się przypadkiem. To dziesięć godzin z Marrakeszu, przez przełęcz Tizi n'Tichka, wąwóz Todra, palmowe oazy Tinghir. Asfalt kończy się dosłownie - w pewnym momencie patrzysz w lusterko i widzisz, że za samochodem nie ma już drogi, tylko ślad opon na piasku. To moment, w którym Maroko przestaje być turystyczne i zaczyna być prawdziwe.
Trasa
Marrakesz → Merzouga. 7 przystanków, ~560 km.
Klasyczna trasa przez Wysoki Atlas, kasby i wąwozy. 2 dni jazdy z noclegami - kliknij przystanek na liście lub na mapie.
Erg Chebbi - wydmy, które oddychają
Erg Chebbi to nie cała Sahara. To jej fragment - pasmo wydm długie na 28 kilometrów, szerokie na 7, wysokie do 150 metrów. Wygląda, jakby ktoś usypał je wczoraj. W rzeczywistości stoją tu od kilkudziesięciu tysięcy lat, ale wiatr przesuwa je każdej nocy o kilka centymetrów. Idziesz po grzbiecie wydmy, schodzisz na drugą stronę, oglądasz się - Twoich śladów już nie ma.
Piasek nie jest żółty, jak na zdjęciach z Egiptu. Jest pomarańczowo-czerwony, prawie miedziany w południe, krwisty o zachodzie, fioletowy o świcie. To kolor żelaza w ziarenkach - Sahara rdzewieje na słońcu, każda godzina maluje ją inaczej.
Wielbłąd nie jest środkiem transportu
Wsiadasz na niego pierwszy raz w życiu i przez pierwsze pięć minut tylko trzymasz się siodła. Wielbłąd wstaje w dwóch etapach - najpierw tył, potem przód - i czujesz się, jakby ktoś wywrócił krzesło, na którym siedzisz. Potem ruszacie i okazuje się, że ten powolny, kołyszący rytm jest hipnotyczny. Po pół godzinie milkną rozmowy w karawanie. Po godzinie nikt już nie wyciąga telefonu, bo wszystko, co próbujesz sfotografować, na ekranie wygląda mniej niż jest.
Berberski przewodnik idzie przed wielbłądami, w sandałach, po piasku, który dla Ciebie byłby za gorący. Nie mówi po angielsku więcej niż dziesięć słów. Pyta «France? Spain? Poland?», kiwa głową, śpiewa coś pod nosem i prowadzi Cię w stronę, w której Twoim zdaniem nie ma nic. Po dwóch godzinach okazuje się, że jest tam obozowisko.
Obóz w środku niczego
Camp to kilka beduińskich namiotów z czarnej wełny wielbłądziej, ustawionych w kręgu wokół ogniska. Dywany. Niskie stoliki. Lampy oliwne. Nie ma prądu, nie ma sieci, nie ma jedzenia z menu - jest tagine, który dusił się od rana w jednym garnku dla wszystkich. Jecie rękami, chlebem, z jednego naczynia. To brzmi etnograficznie, dopóki nie zauważysz, że właśnie po raz pierwszy od dawna zjadłaś kolację, nie patrząc w ekran.
Po posiłku Berberzy wyjmują bębny. Nie dla turystów - dla siebie. Grają godzinę, dwie, śpiewają stare pieśni karawanowe, pokazują ci, jak trzymać darbukę. Nikt nie nagrywa, bo nie ma po co. Wszystko, co się dzieje, dzieje się raz.
Niebo, którego nie widziałaś
O 22:00 odchodzisz od ogniska kilkadziesiąt metrów w głąb wydm, kładziesz się na piasku (jest jeszcze ciepły od dnia) i patrzysz w górę. Pierwsze pięć sekund myślisz, że coś jest nie tak z Twoimi oczami. Potem rozumiesz, że to jest niebo bez świateł miasta, bez księżyca, bez wilgoci - czyli niebo, jakiego ludzie nie widywali od stu lat.
Droga Mleczna nie jest «pasmem». Jest gęstą, mleczną rzeką ciągnącą się od horyzontu do horyzontu. Spadające gwiazdy nie są wydarzeniem - lecą co kilka minut. Cisza jest absolutna; jedyne, co słyszysz, to własny oddech i czasem pomruk wielbłąda kilkaset metrów dalej. Po godzinie zaczynasz rozumieć, dlaczego pustynne kultury wymyśliły monoteizm. Tu trudno wierzyć w cokolwiek mniejszego.
Wschód słońca z grzbietu wydmy
Pobudka o 5:30. Zimno - nocą pustynia spada do 5°C nawet w maju. Berber podaje ci szklankę gorącej herbaty miętowej i pokazuje palcem najwyższą wydmę. Wchodzisz dwadzieścia minut, brodząc w piasku po kostki, każdy krok osuwa się o pół kroku w dół. Na szczycie siadasz i czekasz.
Słońce nie wstaje powoli. Wystrzeliwuje z horyzontu, w ciągu trzech minut z fioletowego nieba robi się złote, cienie wydm wydłużają się i kurczą na Twoich oczach, kolor piasku przechodzi od popiołu przez róż do pomarańczy. Robisz zdjęcie. Patrzysz na nie. Wiesz, że nie oddaje niczego. Chowasz telefon.
Co się zmienia po powrocie
Wracasz do Marrakeszu po dwóch dniach i pierwsze, co Cię uderza, to hałas. Klakson, sprzedawca, motor, muezzin, znów klakson. Twój układ nerwowy, który przez 36 godzin słyszał tylko wiatr i wielbłądy, protestuje. To dobre uczucie - pierwszy raz od miesięcy świadomie zauważasz, że świat jest głośny.
Drugie: śpisz inaczej. Trzecie: przez kolejne dwa tygodnie, gdy ktoś pyta Cię «jak było na pustyni?», nie umiesz odpowiedzieć. Pokazujesz zdjęcie. Mówisz «trzeba pojechać». Wzruszasz ramionami. To jest właśnie to, czego nie da się opowiedzieć przez telefon.
Tekst: redakcja MyMagicTour. Reportaże z drogi - z autopsji i z notatnika prowadzonego po każdej wyprawie.



